2 dni temu

Wpis

Miałam przyjaciółkę. Poznałyśmy się jeszcze na studiach i była dla mnie jak siostra. Serio, nigdy z nikim nie złapałam takiej więzi jak z nią. I było pięknie i cudnie. Do czasu, aż L. zobaczyła dwie kreski na teście ciążowym. Nigdy nie chciała mieć dzieci. Łzy, płacz, dramat. Chciała usunąć, ale została zawrzeszczana przez swoją rodzinę i męża. Zdecydowali za nią, a kilka miesięcy później urodziła córkę. Już w trakcie jej ciąży proponowałam psychologa - odmawiała, ale widząc co się z nią dzieje po porodzie wiedziałam, że L. potrzebuje fachowej pomocy. Widziałam, jak cierpi, jaki ból sprawiała jej opieka nad dzieckiem, jak bardzo nienawidzi wszystkiego, co ją otacza. Nie dbała o siebie, o dom, o dziecko, tylko tyle, ile naprawdę musiała. Początkowo próbowałam rozmawiać z jej mężem i rodzicami, ale usłyszałam jedynie teksty typu: "Jest matką, niech sobie radzi", "Depresja? I co jeszcze?! To wymysł, nie choroba". Później do niej przyjeżdżałam dzień w dzień tłumacząc jej, że powinna udać się do lekarza i pomagając w domu i przy małej. Odmawiała. Pewnego dnia stwierdziłam, że dosyć tego. Biorę ją za fraki, wsadzam do samochodu i jedziemy do psychiatry. Wchodząc do jej mieszkania wiedziałam, że się spóźniłam. L. powiesiła się. Jej rodzina do tej pory obwinia mnie o jej śmierć, twierdząc, że wmówiłam jej depresję. Myślę, że tak naprawdę wszyscy ją po trochu zabiliśmy.