2 dni temu

Wpis

Jako dziecko byłam zamkniętym w sobie brzydkim beztalenciem. Tak więc gdy pierwszy raz poszłam do szkoły, rodzice wpadli na genialny pomysł przywłaszczenia sobie innego dziecka. Upatrzyli sobie koleżankę z mojej klasy (ładną, utalentowaną, dobrze się uczącą) i postanowili ją zaadoptować. Zaadoptować? No nie do końca. Miała ona sześcioro starszych braci, więc jej mama wpychała ją do nas kiedy tylko miała okazję, by choć trochę odpocząć. Takim sposobem Ola przebywała u nas prawie codziennie. Gdy Ola szła na jakieś zajęcia, ja musiałam iść z nią. Wszystko tylko po to, by rodzice mogli traktować ją jak własną córkę. Zawsze przed i po tych lekcjach brali Olę do naszego domu, by odrobić lekcje czy zjeść obiad. Czułam się okropnie. Zawsze gorsza od niej, bo nigdy nie chciałam uczestniczyć w żadnych z tych dodatkowych lekcji. Nigdy nie starałam się być lepsza i nigdy mi na tym nie zależało. Zależało mi tylko na miłości rodziców. W dni kiedy nie było u nas Oli, mama mnie biła, gdy pytałam o pomoc w pracy domowej, a o obiedzie mogłam jedynie pomarzyć. Czara goryczy przelała się jednak kiedy w naszej lokalnej telewizji natrafiłam na reportaż o swojej szkole. Zaciekawiło mnie to, bo może akurat pokazaliby jakiś fragment ze mną lub kimś z mojej klasy. Okazało się jednak, że reportaż był na temat festiwalu dla rodzin, który się tam odbywał. Jakież było moje zdziwienie, gdy na ekranie zobaczyłam swoich rodziców oraz Olę (w roli ich córki) mówiących o tym, jak rodzina jest najważniejsza i takie imprezy są potrzebne. Nie wiedziałam, że tam byli. Nie wiedziałam, że zabrali ją na ten festiwal, kiedy ja siedziałam w domu sama. Gdy ich o to zapytałam tylko się zaśmiali. Następnego dnia pobiłam Olę tak bardzo, że jej mama zabroniła nam się spotykać.