2 dni temu

Wpis

Jestem hipokrytką. Dużą hipokrytką. I kłamcą. Bo muszę. Pracuję w prywatnej firmie (podkreślam żeby nie było, że państwówka). Przy komputerze. Szeregowi pracownicy są ciśnięci na wyniki. Dlatego u nas obijanie się jest czymś bardzo źle widzianym. Wyszłam przed szereg - zrobiłam kiedyś na początku pracy więcej, niż ode mnie wymagano. Wymyśliłam innowacyjne patenty, które przy moich zadaniach oszczędzają sporo czasu (nawet gdyby przełożyć te zadania na kapitał ludzki - bez moich autorskich pomysłów - byłyby potrzebne dwa dodatkowe etaty). W ten sposób zadanie, na które były kiedyś potrzebne 3 godziny - teraz robi się dzięki mnie w 30 minut. Razy kilkanaście zadań tygodniowo... I tak dalej. "Góra" to zauważyła i stałam się pupilkiem. Nikt mi nie patrzy na ręce, każdy głaszcze po głowie. Mało osób wie, co tak naprawdę robię i jak to robię. Mam wyniki na 110% normy - wystarczy. Żeby nie było - nie odwaliła mi sodówa - nadal współpracowników szanuję tak samo jak szanowałam - nie czuję się lepsza od nich. Wręcz przeciwnie. Od jakiegoś czasu pracuję zdalnie - z domu. Totalnie zero kontroli. Tylko że mam coś takiego jak samodyscyplina. Jak trzeba pracować, to potrafię od rana nie napić się nawet łyka kawy, dopóki czegoś nie skończę. Pracuję jak robot. Istnieję tylko ja, monitor i klawiatura. Nie istnieje pojęcie czasu i otoczenia. No i tutaj pojawia się problem. Często zadania zlecone na dany dzień kończę po 3 - 4 godzinach od zaczęcia pracy. Haczyk jest w tym, że mam normalną stawkę godzinową. Przez pozostały czas muszę udawać że pracuję, tak żeby nikt się nie domyślił, ponieważ cała reszta ludzi pracuje (u nich da się to sprawdzić - u mnie nie). Oni zapieprzają, a ja gotuję obiad, oglądam serial, gram, idę na zakupy, maluję paznokcie, oglądam ciuchy, śpię. Jednocześnie mając ustawione wszystkie powiadomienia "służbowe" na pełnej głośności i najwyższym priorytecie (gdyby ktoś coś ode mnie w tym czasie chciał - muszę być w zasięgu stanowiska pracy, żeby nie wpaść). Jak by nie patrzeć, jestem na stanowisku. Ale tylko "w trybie czuwania". Moja hipokryzja polega na tym, że mówię wszystkim wokoło, jak to ciężko pracuję, ile to mam jeszcze do zrobienia, że mam ciężki tydzień. Łżę. Jak pies. Bez skrupułów. Żeby nikt się nie domyślił. W razie gdyby nawet ktoś się zapytał "co robisz teraz" - mogę zmyślić milion rzeczy, w które uwierzą, bo i tak nikt nie ogarnia tego co robię. Wiem, że nie jestem jedyna na świecie, która tak robi. Dlatego liczę na wymianę doświadczeń oraz podobne historie, co wy robicie. Chcę zobaczyć ilu z was jest w podobnej sytuacji do mojej i czy faktycznie powinnam się czuć z tym źle :)