2 tygodni(e) temu

Wpis

Odkąd pamiętam z całego serca nienawidziłem swojej starszej siostry. Wychowywaliśmy się oboje pod ręką chorego psychicznie wuja, który całe szczęście miał nas gdzieś (rodziców nigdy właściwie nie zdążyłem poznać, a ona - z tego co mi wiadomo - nawet ich nie pamiętała). Był naszą jedyną rodziną, a do szkół chodziliśmy różnych, tak że nikt nie mógł zauważyć, jak znęcała się nade mną fizycznie i psychicznie, gdy byłem mały. Ja sam byłem tak zniszczony, że nikomu o tym nie ważyłem się opowiedzieć. Gdy byłem już starszy, zacząłem odpowiadać na jej agresję agresją i powiedzieć, że ze sobą walczyliśmy i robiliśmy sobie nawzajem świństwa to mało (różnica w naszym wieku nie była jakaś wielka). Kontakt urwał nam się szybko i nigdy więcej się nie zobaczyliśmy. Dziś mam już prawie trzydzieści lat. Cztery lata temu ona wpadła pod samochód. Pijany kierowca zakończył jej życie (oraz życie jej męża) i skłamałbym, gdybym powiedział, że jakkolwiek mnie to ruszyło. Nie bardziej niż informacja o tragicznej śmierci kompletnie obcej mi osoby. Nie miałem zamiaru nawet pojawić się na pogrzebie. Kilka dni później dowiedziałem się jednak, że umierając osierociła dwóch synów w wieku szkolnym (podobno matką była bardzo dobrą). Jakimś cudem chłopcy wylądowali pod moją opieką. Ludzie uznali, że usychający ze starości psychol nie jest odpowiednią osobą, aby się nimi zaopiekować, a że oprócz niego byłem tylko ja (o rodzinie jej męża nie wiem wiele poza tym, że po ślubie z moją siostrą go wydziedziczyli), to chłopcy trafili do mnie. Warunki miałem, jak to określili urzędnicy, "idealne". Nikt się nie zainteresował moimi wcześniejszymi relacjami z siostrą. Tak naprawdę wepchnęli mi chłopaków, z góry uznając, że skoro jestem z nimi spokrewniony, to będę się chciał nimi zaopiekować. Na początku nie docierało do mnie ich towarzystwo. Ignorowałem ich kompletnie, traktowałem jak powietrze. Myślałem nad tym, czy nie chcę przypadkiem urządzić z ich życia takiego samego piekła, jakie urządzała mi ich matka. Pomysły te szybko wyleciały mi z głowy. W końcu chłopcy nie byli niczemu winni. Jakiś czas później rozmowy między mną i nimi przyszły w naturalny sposób. W końcu nie mogłem wciąż udawać, że ich nie widzę. Zaczęliśmy się do siebie zbliżać i okazało się, że dobrze się dogadujemy (przyczyniły się do tego wizyty u psychologa, do którego musiałem z nimi chodzić). Przez te cztery lata staliśmy się sobie naprawdę bliscy. Kiedy na nich patrzę, czuję tylko ciepło, są dla mnie rodziną. Uwielbiam ich. Staram się po prostu nie myśleć o ich matce. Nie rozmawiam z nimi o niej. Dzisiaj starszy z moich siostrzeńców zapytał, czy może mówić do mnie tato... Byłem tak zszokowany, że nie umiałem mu odpowiedzieć, a on po kilku minutach czekania na moją odpowiedź speszył się i uciekł.

Bądź pierwszy, dodaj komentarz: