2 mies. temu

Wpis

Historia będzie o moich najsmutniejszych urodzinach i o tym, jak jedna kropla przelewa czarę. Na okazję 30. urodzin wyprawiłam imprezę, na którą zaprosiłam znajomych moich i męża. Nie chciałam robić tych urodzin, bo w mojej opinii mój mąż potrafi się "bawić nieco za dobrze".(przy czym mnie, o dziwo, wcale nie jest do śmiechu), jednakże uległam jego namowom "Kończysz 30 lat, to okrągła rocznica, należy ci się impreza" itp. OK, uległam, prosząc go tylko, żeby nie przesadzał z alkoholem. Impreza trwała równe 2,5 godziny. Goście przyszli o 18, a o 20 mój mąż nie umiał ustać na nogach. Wytrąbił sam ćwiartkę, mimo że żaden z facetów nie pił mocnego alkoholu. Więc pił sam. Ze szklanki. Zapijając wodą. Wywołałam go z pokoju, prosząc, aby przestał, bo każdy pije, ale z umiarem, tylko on jest pijany. No cóż... w trakcie moich próśb malowniczo zrzygał się do zlewu kuchennego, zarzygał kuchnię i przedpokój i stracił kontakt z rzeczywistością. Jeden z kolegów pomógł mi go zaciągnąć do łóżka. Goście wyszli około 20.30, bąkając bez przekonania tradycyjne "sto lat" i "wszystkiego najlepszego". Do północy sprzątałam mieszkanie, myłam gary i talerze, chowałam jedzenie, sprzątałam rzygi, wywaliłam tort, bo nie mogłam na to patrzeć. Rano mąż nie widział problemu, uznał, że zabawa była przednia, oczywiście obracałam kota ogonem. Mając właściwą całą noc na myślenie, myślałam o tych wszystkich "świetnych imprezach", o tym, ile razy bałam się jak przebiegną sylwester/urodziny/święta itp. I postanowiłam też się świetnie zabawić. Gdzieś koło 3 w nocy podjęłam decyzję o rozwodzie. Wy już wiecie, Anonimowi. A teraz pora ubawić mojego męża. Oooo... pardon! Eksmęża.

Bądź pierwszy, dodaj komentarz: