4 dni temu

Wpis

Pechowy dzień i mohery. Czego można chcieć więcej. Na wstępie warto zaznaczyć, że jestem osobą niepełnosprawną - ale z zewnątrz wyglądam zupełnie normalnie - jak każda typowa studentka. Z tego powodu muszę ograniczać dość znacząco wysiłek fizyczny. To będzie ważne dla tej historii. Wracałam do domu po kolokwium, które od razu wiedziałam, że mi nie poszło. By zdążyć na autobus musiałam podbiec, bo i nie chciało mi się czekać godziny na kolejny. Połączenie hektolitrów kawy, braku snu (no bo kto by się uczył regularnie), stresu i przyśpieszenia jakiego by mi Usain Bolt mógł pozazdrościć sprawiło, że jak tylko weszłam do autobusu, padłam na pierwsze wolne miejsce, którym na moje szczęście okazała się czwórka (para siedzeń naprzeciw siebie), która w wielu autobusach jest miejscem dla osób niepełnosprawnych - również i w tym autobusie tak było. Usiadłam, odetchnęłam i wydawało się, że będzie okej. Do czasu. Po dwóch przystankach do autobusu wsiadła pani Krysia - znany na trasie moher, który nienawidzi wszystkiego i wszystkich. Że miejsc siedzących już nie było, zaczęła poszukiwać kogo można by tu wyrzucić, no i zgadnijcie na kogo padło - na mnie. No, ale ja swoje zdrowie szanuję i wiem, że nie dam rady stać nie wiadomo ile, zresztą nie lubię dawać satysfakcji ludziom, którzy dupę mają wyżej niż widzą, tak więc z miejsca ruszać się nie miałam zamiaru. - Mogłabyś mi ustąpić miejsca? Lata i nogi już nie te... - Bardzo mi przykro, ale nie mogę... - w tym momencie oczy mohera zaświeciły się jak neony i nie zdążyłam powiedzieć nic więcej. - Jak to nie możesz? Człowiek haruje całe życie i tak mu się odwdzięczają, psia mać, wstawaj, gówniaro - jakiś chłopak chciał jej ustąpić miejsca, ale ona już nie akceptowała innego niż to moje. - Wybaczy pani, ale siedzę w miejscu dla mnie przeznaczonym - pokazałam jej w tym miejscu swoją legitymację osoby niepełnosprawnej, a ta prawie by mi ją połamała, gdyby nie to, że wyrwałam ją jej z rąk. A to jeszcze bardziej rozjuszyło bestię... - Podrobiona pewno, psia mać, albo kupiona. A normalni, uczciwi ludzie to nic nie mają, psia mać. Jestem przyzwyczajona do tekstów typu "o, legitymacja", więc nic sobie z tego nie zrobiłam. Moher jeszcze trochę pokrzyczał, a nawet ktoś mu uwagę zwrócił, że ma mi dać spokój i on mu miejsca ustąpi dla świętego spokoju. Zresztą nie interesowało mnie to. Założyłam słuchawki i cieszyłam się swoim zwycięstwem zdobytym nawet bez podnoszenia głosu. Później jak szanowna pani Krysia widziała mnie w autobusie, to nawet nie próbowała się zatrzymywać obok mnie.